'Tygodnik Powszechny' przemówił do mnie okładką aktualnego numeru i nie mogłam się powstrzymać od zakupu. Pod wielkim białym napisem na czerwonym tle 'Wszystkie autorytety Jerzego Owsiaka' widniał drugi, jeszcze bardziej nęcący, a mianowicie 'Biblijna Szkoła Seksu'. Co jak co, ale tego nie mogłam przegapić. Dwie szkoły katolickie, które dane mi było swego czasu przetrwać i w których generalnie dużo mówiło się o bogu, matce boga, duchu boga, synu boga (z czego duch i syn są w bogu ale są we trzech z nim w nim), łasce boga, przykazaniach boga, a nawet o stanowisku boga wobec wymienionego wcześniej Jerzego Owsiaka, ale o biblijnym step by step to orgazm nie było ani razu ani słowa. I znowu nie ma. Ks. Jacek Prusak (rocznik 71) zatytułował swoje dzieło 'Niewinna ekstaza' po czym w rozwlekłym wywodzie powiedział, że Pieśń nad pieśniami niekoniecznie jest o stosunku genitalnym. To spory zwrot w wypowiedziach przedstawicieli kościoła, wszak jest taki trend w nauczaniu, żeby szlakiem św. Augustyna dopuszczać tylko do prokreacji małżonków, a jak gdzieś po Biblii pałęta się opis czegoś, nie mającego szans na finał rozumiany jako zapłodnienie, to jest kontrowersyjnie. Przebrnęłam przez tę pieśń. Możliwe, że to opis czegoś co w kontekście starych czasów i przy swobodnej interpretacji znaczeń niektórych zachowań może być opisem wspólnego leżenia, ale Kamasutrą bym tego nie nazwała. To raczej wspaniała kolekcja wybornych komplementów np. 'Włosy twoje są jako stada kóz' albo spektakularne 'Obie piersi twoje są jako dwoje bliźniąt młodych sarniąt' (co wg moich obliczeń oznacza aż cztery sarny).
Ale ja nie o tym. Mamy XXI wiek. Nawet buty reklamujemy nawiązaniami do seksu, a kościół mimo licznych spraw o molestowanie seksualne dzieci nadal stoi na straży moralności, co można odbierać jako hipokryzję. Choć trzeba kościołowi oddać: ganienie zepsucia, będąc zepsutym jest bardzo na czasie, toteż nie wypada już czepiać się, że prezentowany system wartości jest nieadekwatny do czasów. Postępowy ks. Prusak akurat zgadza się, że mam prawo do orgazmu, ale pozwalam sobie mieć wrażenie, że to nie jego sprawa. Z niejasnych dla mnie przyczyn uprzywilejowana grupa mężczyzn rości sobie prawa do orzekania o tym co mogę, a czego nie mogę w łóżku. Rozumiem, że z racji własnego celibatu, życie seksualne innych ludzi może być dla nich fascynujące, ale czemu zaraz straszyć piekłem? I właściwie dlaczego oddaliśmy tej specyficznej grupie prawo do decydowania o nauczaniu o seksie w państwie? 15 lat temu oddaliśmy im wychowanie seksualne w szkołach i tym sposobem nie ma już wychowania seksualnego w szkołach, a coś co nazywa się dumnie 'przygotowanie do życia w rodzinie' jeżeli już prowadzą to zazwyczaj katecheci i im podobni.
Ja to widzę jakoś tak, że jak nie uczymy dzieci o robieniu dzieci, to te dzieci robią sobie dzieci i nic z tymi dziećmi nie mogą nawet zrobić bo nie ma u nas czegoś takiego jak łatwy dostęp do aborcji dla nieletnich, a zewsząd grzmi argument, ze trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów. I tak nasza młodzież będzie ponosić konsekwencje anty-niemałżeńskokopulacyjnej determinacji stada panów, którym mój biust jawi się jako zwierzyna leśna.
